<<<   poprzednia strona   |   następna strona   >>>

Ukraina 2009 część II

13 sierpnia 2009 - czwartek

Kolejnym punktem naszej wycieczki był zamek w Olesku – miejsce urodzenia króla Jana III Sobieskiego. Podziwialiśmy budowlę, w której mieści się oddział Lwowskiej Galerii Sztuki oraz panoramę okolicy. Zamek ten ,,grał’’ w Potopie Jerzego Hoffmana rezydencję Bogusława Radziwiłła w Taurogach.


Zamek w Olesku - tu urodził się król Jan III Sobieski

Zaczął padać deszczyk, więc szybko skończyliśmy spacer i pojechaliśmy obejrzeć przepiękny pałac Koniecpolskich w Podhorcach. Ale zanim zobaczyliśmy ów pałac naszym oczom ukazała się piękna, klasycystyczna świątynia pw. Św. Józefa, niestety niedostępna do zwiedzania.


Podhorce - kościół pw. św. Józefa

Aleją wśród owocowych drzew, kiedyś zapewne tworzących wspaniały sad, a dziś będących zdziczałymi karłami wydającymi cierpkie owoce, które są jedynymi owocami jedzonymi przez miejscowe dzieci, poszliśmy w stronę jednej z najwspanialszych niegdyś rezydencji magnackich. Powstała w XVII w. w stylu pallazzo in fortezza. Po drugiej wojnie światowej w tych pełnych przepychu wnętrzach urządzono szpital gruźliczy. Obecnie straszy pustką, a zabezpieczenia wykonane, by ratować budowlę wydają się mniej trwałe, niż chylące się ku upadkowi dzieło sztuki. Z Podhorców wróciliśmy na główną drogę wiodąca do Kijowa i po przejechaniu około 30 km skręciliśmy w prawo, by udać się do Poczajowa. To, co ujrzeliśmy przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Na wzgórzu panującym nad całą okolicą zobaczyliśmy mieniące się złotem kopuły i wieże Ławry Poczajowskiej. Całość przypominała niezdobytą twierdzę. Najokazalsza budowla kompleksu to rokokowa cerkiew Uspieńska, czyli cerkiew Zaśnięcia NMP. Ufundowana w II poł. XVIII w. przez Mikołaja Potockiego. Kompleks ten początkowo należał do prawosławnych, w 1720 roku przejęli go uniccy bazylianie. Po powstaniu listopadowym przeszedł ponownie w ręce prawosławnych i stał się jednym z najważniejszych ośrodków rosyjskiego prawosławia i miejscem bardzo licznie odwiedzanym przez pielgrzymów. Tak jest do dzisiaj, pomimo uzyskania przez Ukrainę niepodległości.


Wejście do Ławry Poczajowskiej


Cerkiew Uspieńska Ławry Poczajowskiej

Oszołomieni tym, co zobaczyliśmy w Poczajowie udaliśmy się szukać śladów Polskości w Krzemieńcu. Jest to niewielkie miasteczko malowniczo położone wśród wzgórz. Na jednym z nich, zwanym Wzgórzem Bony, zobaczyć można ruiny zamku i piękną panoramę miasteczka. Przy głównej drodze, tuż przed centralnym placem, stoi kościół św. Stanisława, który zachował katolicki charakter i jest miejscem modlitwy Polaków z Krzemieńca i okolic. Niestety lata komunizmu odcisnęły na świątyni swe piętno i jeszcze wiele pracy czeka miejscowego proboszcza i wiernych nim uda się doprowadziś kościół do dawnej świetności. Na koniec udaliśmy się do muzeum Juliusza Słowackiego. Urządzono je w pięknym dworku. Niestety, było już późno i nie udało się nam zwiedzić wnętrza. Noc spędziliśmy w Krzemieńcu, w jednym z moteli. Cena przystępna, pokoik schludny.

14 sierpnia 2009 - piątek

Powitał nas słoneczny poranek. Szkoda było nam każdej chwili. Szybko spakowaliśmy się i w drogę. Jeszcze jedna rundka przez miasto, by zachować w pamięci świeże wrażenia i kupić soczystego, wielkiego arbuza i w dalszą drogę. Pojechaliśmy na południe. Naszym celem był znany wszystkim czytelnikom Ogniem i mieczem Zbaraż. Po drodze przejeżdżaliśmy przez Wiśniowiec. Tam w nieistniejącej już fortecy przyszedł na świat kniaź Jarema - słynny pogromca Kozaków. My nie zatrzymując się przejechaliśmy przez miasteczko i tylko z oddali podziwialiśmy bielące się na wysokiej skarpie Horynia ściany dawnego pałacu Wiśniowieckich i Mniszchów, dawniej jednej z najznakomitszych barokowych rezydencji magnackich, a obecnie szkoły. Zbaraż powitał nas pomnikiem Bohdana Chmielnickiego. O zgrozo! Zamek, który tak walecznie był broniony przez Jaremę Wiśniowieckiego, znajduje się przy ulicy Chmielnickiego. We wnętrzach zamku urządzono muzeum. Wiszą tam obrazy o wątpliwej wartości artystycznej przedstawiające kozackich pułkowników i watażków oraz reprodukcje i makiety poświęcone kozackiej przeszłości Ukrainy. Książę Jarema przewraca się w grobie!!! Pozostałe ekspozycje poświęcone miejscowym wykopaliskom archeologicznym, sztuce hafciarskiej i współczesnej rzeźbie i malarstwu ukraińskiemu też nie zasługują na szczególną uwagę. Po wyjściu z muzeum obserwowaliśmy jeszcze przez godzinę żałosne próby zawieszenia świątecznego transparentu na bramie wejściowej. Odjechaliśmy głęboko przekonani o dalekiej drodze Ukraińców do rzeczywiście samodzielnego bytu. Na pocieszenie spożyliśmy pysznego arbuza i wyruszyliśmy, by dotrzeć do kolejnego etapu naszej podróży – Tarnopola. Tarnopol nie zrobił na nas dobrego wrażenia. Duże miasto, obrośnięte blokowiskami. Po kilku minutach krążenia po mieście mieliśmy już na karku ukraińską policję, która chciała nam wypisać jakiś kosmiczny mandat nie wiadomo za co. Szybko jednak okazało się, że wszystko można załatwić taniej, bez marnowania atramentu… Obejrzeliśmy najcenniejszy tarnopolski zabytek architektury, jakim jest późnobarokowy kościół oo. Dominikanów, obecnie katedralny sobór greckokatolicki. Podziwialiśmy charakterystyczne wieże kościoła i jego piękną bryłę. Tuż przed wyjazdem z miasta okazało się, że zepsuł się nam podnośnik do szyby. Z powodu późnej pory nie mogliśmy znaleźć czynnego warsztatu, gdzie można by dokonać naprawy. Ostatecznie potrzebne narzędzia pożyczyliśmy od taksówkarza i sami naprawiliśmy usterkę za pomocą drewnianego kołka, który szczęśliwie wytrzymał do powrotu do Polski. O zmroku opuściliśmy Tarnopol i pojechaliśmy w stronę Satanowa. Na nocleg wybraliśmy jedną z bocznych polnych dróg, gdzie zaszyliśmy się i wykończeni wrażeniami dnia zasnęliśmy w samochodzie.

15 sierpnia 2009 - sobota

Rankiem obudził nas śpiew ptaków. Zanim podniosły się poranne mgły byliśmy już w drodze do Satanowa. Naszym celem był starożytny Wał Trajana, który w Satanowie ma swój początek i ciągnie się poprzez Podole aż za Dniestr. Niestety, choć miał być ,,za górką’’ nie udało się nam go odnaleźć. Więcej szczęścia mieliśmy w Skale Podolskiej. Spacerowaliśmy tam bowiem po ruinach zamku, podziwiając wijący się u jego podnóża Zbrucz. Spotkaliśmy tam również pewnego Ukraińca, który podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat problemów współczesnej Ukrainy. Powiedział nam także, że w pobliżu znajduje się grób bohatera nacjonalistów ukraińskich Romana Szuchiewicza. Skała Podolska była jednak najbardziej interesująca dlatego, że właśnie przez nią przebiegała granica II Rzeczpospolitej i pobyt w niej pozwolił nam uzmysłowić sobie, jak wielkie straty terytorialne poniosła Polska w wyniku II wojny światowej.


Ruiny zamku w Skale Podolskiej nad jarem Zbrucza

Około południa dotarliśmy do kolejnego znanego z historii oraz literatury miejsca. Kamieniec Podolski, bo o nim mowa, przywitał nas piękną słoneczną pogodą.


Joasia w Kamieńcu Podolskim


Błękitne niebo nad błękitną cerkwią św. Grzegorza

Stare miasto w oczach budzi się do życia. Trwają remonty i przebudowy. Najpierw swe kroki skierowaliśmy do katedry, gdzie wzięliśmy udział w dwujęzycznej Mszy św. z okazji święta Matki Boskiej Zielnej (O cudzie nad Wisłą nie słyszeliśmy na Ukrainie ani razu). W pobliżu wyjścia z katedry znajduje się pomnik jednego z bohaterów Trylogii – Michała Wołodyjowskiego. Niestety, nie mogliśmy podziwiać panoramy Kamieńca ze stojącej obok katedry wieży. Jest to bowiem dawny minaret, który nie jest udostępniany turystom z obawy o protesty społeczności muzułmańskiej. Następnie spacerkiem przez Stare Miasto udaliśmy się w kierunku twierdzy. Obecnie mieści się w niej muzeum i jest ona oblegana przez turystów i sprzedawców pamiątek. Budowla robi rzeczywiście duże wrażenie ze względu na swe rozmiary i położenie na skarpie wznoszącej się ponad wijącym się w dole Smotryczem.


Zamek w Kamieńcu Podolskim na wyniosłej skale


Fragment murów obronnych i baszty zamku w Kamieńcu Podolskim


Widok na zamek

Ciągnie wilka do lasu, a wędkarza nad rzekę. Nie mogło w planie wycieczki zabraknąć spaceru nad rzeką poprzecinaną wiszącymi mostkami.


Jar Smotrycza

W dole u stóp twierdzy podziwialiśmy jeszcze stojącą w pobliżu rzeki drewnianą cerkiew Wozdwiżeńską.


Piękna drewniana cerkiew Wozdwiżeńska z XIX w.

Zwiedzanie Kamieńca Podolskiego zakończyliśmy spacerem po dzielnicy ormiańskiej.


Uliczka w ormiańskiej części Kamieńca

Ponieważ słońce jeszcze znajdowało się wysoko nad horyzontem postanowiliśmy zrezygnować z planu nocowania w Kamieńcu Podolskim i wyruszyliśmy do Chocimia. Po przedarciu się przez osiedle domków połączonych jak pajęczą siecią wijącymi się rurami instalacji gazowej dotarliśmy w pobliże twierdzy chocimskiej wznoszącej się majestatycznie nad brzegiem Dniestru. Twierdza chocimska to muzeum. Działalność muzealników ogranicza się jednak tylko do pobierania opłaty z wstęp. U podnóża twierdzy znajduje się przystań dla kajaków. Twierdza stanowi jedną z najciekawszych atrakcji dla osób spływających Dniestrem.


Twierdza w Chocimiu


Chocim nad Dniestrem


Joasia i Natalia na moście do twierdzy w Chocimiu


Na kilkunastometrowych murach wyraźnie widać malowidła - mają one swoją ciekawą historię


Bizancjum odcisnęło swoje piętno na architekturze twierdzy chocimskiej

Na koniec dnia udaliśmy się jeszcze do miejscowości Kudryńce zobaczyć oświetlone ciepłymi promieniami zachodzącego słońca, górujące na wzniesieniu ruiny zamku Herburtów. Miejsce to przepiękne, ciche, położone z dala od szlaku turystycznego, w miejscowości nie posiadającej żadnego połączenia autobusowego ze światem zewnętrznym.


Promienie zachodzącego słońca oświetlają zamek w Kudryńcach


Do ruin zamku w Kudryńcach praktycznie nie ma jak dotrzeć, inaczej niż konno

Po pełnym wrażeń dniu rozbiliśmy namiot nad rzeką i udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.


Ech, na Ukrainie...

16 sierpnia 2009 - niedziela


Poranna toaleta przy studni

Dzień rozpoczęliśmy od podróży ku miejscowości Krzywcze, w pobliżu której można podziwiać Jaskinię Kryształową. Jest to jedna z największych na świcie jaskiń krasowych i ma 22 km długości. Odkrył ją i opisał już w XVIII w. jezuita Gabriel Rzączyński. W jej wnętrzu można podziwiać ciekawe twory, którym przewodnik nadaje pobudzające wyobraźnię nazwy, między innymi zęby smoka, pióro żar ptaka, czy sowa.


W jaskini kryształowej w Krzywczu


Krass w utworach gipsowych


Przepiękne kryształy podobne do szronu

Po wycieczce w głąb ziemi udaliśmy się zawiłymi dróżkami ukraińskiego interioru do Czerniowiec.


Niesamowita machina - nieoczekiwanie wyłoniła się przed nami fabryka asfaltu

Po drodze natknęliśmy się na przeprawę promową, która o mały włos zaowocowałaby utopieniem naszego samochodu.


I nagle droga się skończyła


Wjazd na przeprawę promową na Dniestrze


Joasia precyzyjnie steruje ruchem


Płyniemy


Nieoczekiwanie prom nie dobija do brzegu i trzeba pokonać kawałek wpław, Bora jednak jakaś niezdecydowana - czyżby nie umiała pływać?


Ciekawe, czy przejedzie?


Nie wiadomo, nie wiadomo...


Troszkę żwiru odsunie się rękami


No, no


Przeszła


A przenieść dziewczynę na barana - co za frajda :)

Szczęście nam jednak sprzyjało i po wielu przygodach dotarliśmy późnym popołudniem do celu. Czerniowce to stolica Bukowiny, terenu gdzie przenikają się wpływy kultury łacińskiej i bizantyjskiej, gdzie obok języka ukraińskiego rozbrzmiewa język rumuński, polski, niemiecki i rosyjski. Czerniowce to miasto gdzie obok cerkwi greckokatolickiej stoi luterańska kircha, kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Dawniej stały tam również liczne synagogi. Udaliśmy się na spacer ulicami Starego Miasta. Podziwialiśmy ulicę Iwana Franki i Łesi Ukrainki, teatr im. Olgi Kobylańskiej i dawny Bank Państwowy. Na koniec wstąpiliśmy na chwilę do greckokatolickiej katedry. Pobyt w Czerniowcach zakończyliśmy arbuzową ucztą.


Piękne kamienice w Czerniowcach


Zabytkowy czerniowiecki teatr

Późnym popołudniem wyruszyliśmy w kierunku owianego legendą Czeremoszu. Nasz plan był prosty. Poszukamy nad rzeką zacisznego miejsca, rozbijemy namiot i będziemy odpoczywać wsłuchując się w szum rzeki. Niestety nasze plany i marzenia nie doczekały się realizacji. Ujrzeliśmy bowiem rzekę zdewastowaną przez ciężki sprzęt. Prawdę mówiąc nigdy nawet nie przypuszczaliśmy, że coś tak potwornego można zrobić z rzeką. Do późnej nocy przedzieraliśmy się w górę Białego Czeremoszu bezskutecznie szukając skrawka ziemi, by rozstawić namiot.


Jedno z nielicznych nietkniętych przez człowieka miejsc nad górnym Czeremoszem


Wieczór nad Czeremoszem


Porohy Czeremoszu

Wykończeni i załamani tym, co zobaczyliśmy, zasnęliśmy w samochodzie zaparkowanym przy drodze.

<<<   poprzednia strona   |   następna strona   >>>